środa, 17 kwietnia 2013

Słowa kluczowe

Moje dziecko jest jak internetowa wyszukiwarka. Wyłapuje kluczowe słowa i frazy i to na nich się skupia, ignorując kontekst. Oto co ja uploaduję mojemu dziecku do głowy, a co ona raczy, w łaskawości swojej, wyszukać:

    Mamo, czy Dominika może dziś zostać na noc?” 
    Nie, dziś nie. Mamy plany na jutro rano. W przyszły weekend, o ile jej mama się zgodzi, oczywiście, Dominika może zostać.

    Nie jedz teraz czekolady, zjedz jabłko, czekoladę zjesz po obiedzie.”

    Odrób lekcje i nakarm koty, potem możesz pograć na komputerze.

Wiele dzieci przejawia takie wybiórcze słuchanie, niezależnie od wieku. Przykład zasłyszany od koleżanki, mamy pięciolatki:

  
Mamusiu, pójdziemy na plac zabaw?”
Nie dzisiaj, dzisiaj jest brzydka pogoda. Kiedy nadejdzie wreszcie prawdziwa wiosna, urządzimy sobie rajd po wszystkich placach zabaw.



wtorek, 26 lutego 2013

Polskie biblioteki a sprawa fińska

Daleko na północy Europy leży kraj, słabo zaludniony, mocno za to zadrzewiony, w którym ludzie porozumiewają się absolutnie niezrozumiałym dla reszty świata językiem, a dzieci – niebywałe – lubią chodzić do szkoły. Kraj ten słynie z telefonów i zabawnych stworków spędzających lato w swej dolinie.
A także z systemu edukacji, uznanego obecnie za najlepszy na świecie.

O fińskim systemie edukacji pisać dziś nie będę. Kogo temat interesuje, znajdzie sporo informacji tutaj. Krótko: w Finlandii nieźle opłacani nauczyciele, przedstawiciele szanowanej grupy zawodowej – podkreślam, to nie oksymoron – wychowują i edukują młode pokolenie najskuteczniej na świecie. Dziatwa do szkół się garnie, nie jest narażona na stres, uzyskuje maksimum pomocy od belfrów. Za darmo. Nie za darmo. Bo te wysokie pensje nauczycieli, darmowe posiłki w szkolnych stołówkach, darmowy dojazd do szkoły, z najbardziej nawet odległych wiosek, muszą kosztować niemało. I kosztują, tyle że fiński budżet nie skąpi kasy z podatków. Gdy dziatwa dorasta i opuszcza szkołę, a potem uniwersyteckie mury, kształci się nadal. Finowie lubią się dokształcać i czytać. Nader często podkreślają znaczenie czytelnictwa i okazują niemal kult wiedzy.

Jak jest u nas – wszyscy wiemy. O kolejnych reformach szkolnictwa także nie zamierzam dziś pisać. To, że nasze szkolnictwo cierpi na ostry zespół braku kasy, to oczywista oczywistość.

Ale jednak, coś nas z tym fińskim modelem łączy. W naszym kraju też promuje się czytelnictwo, cała Polska czyta dzieciom. Mamy coś za darmo. Mamy biblioteki rejonowe i szkolne. Ups. To znaczy – jeszcze mamy.

Oto bowiem, Michał Boni, Minister Administracji i Cyfryzacji,ogłosił projekt założeń ustawy o poprawie warunków świadczenia usług przez JST umożliwiający wykonywanie zadań biblioteki szkolnej przez bibliotekę publiczną.

Poprawa warunków świadczenia bla, bla, bla. Gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi, najpewniej, o pieniądze. O te szkolne bibliotekarki, pracujące co 45 minut, w przerwach pomiędzy piciem kawy. Które to panie należy zwolnić a samorządom zezwolić na scalenie bibliotek. Jak się komuś zachciewa takiej fanaberii jak książki to proszę bardzo, będzie jedna biblioteka w mieście, niech do niej rodzice z gówniarzami zasuwają. Nawet lepsza będzie, jak się scali i powrzuca do niej książki ze wszystkich bibliotek to księgozbiór będzie, że ho ho! No i będzie zatrudniała pracowników na co najwyżej trzech etatach.

A w ogóle po co biblioteki? To przecież piractwo, całkiem jak ściąganie plików z internetu. Ktoś chce czytać książki za darmo? A dlaczego za darmo, kupić nie łaska? Komuna umarła, nie ma nic za darmo. Mniejsza o autorów, ale wydawnictwa płacą podatki i generują PKB. A biblioteki tylko koszty generują.

A książki po co w ogóle czytać? Jeszcze taki oczytany zacznie, o zgrozo, myśleć. I co wtedy?

Zagalopowałam się. Wierzę, bo bardzo chcę wierzyć, że nie taki jest tok rozumowania Ustawodawcy. Wierzę, że Ustawodawca desperacko szuka sposobów na łatanie budżetu i w tej desperacji wpada czasem na głupie pomysły. Ktoś jednak musi Ustawodawcy głupotę tych pomysłów uświadomić.

Dlatego proszę o kliknięcie w poniższy link.


Proszę o zabranie głosu w tej sprawie.
Proszę o podpisanie listu otwartego do ministra.
Wierzę, bo bardzo chcę wierzyć, że ktoś nas wysłucha.


czwartek, 21 lutego 2013

Czekoladki, om nom nom

Wczoraj los rzucił nas na krótko na niedawno odnowiony katowicki dworzec PKP. W oczekiwaniu na pociąg przechadzałyśmy się po hali, zapuszczając żurawia w liczne sklepiki i kawiarenki. Tu kawa na wynos, tu cukierenka, tu McDonald's. I nagle mój wzrok przyciągnęła kolorowa ekspozycja czekoladek. Przyciągnęła, pochwyciła i … już nie puściła. Musiałyśmy, po prostu musiałyśmy, wejść, popatrzeć i, naturalnie, kupić. A teraz muszę, po prostu muszę, o tym napisać.

Karmello, fabryka czekolady z Bielska-Białej, bo o niej wszak mowa, ma kawiarnie i sklepy między innymi, w Krakowie, Warszawie, Łodzi, Poznaniu. Kawiarenka na katowickim dworcu jest maleńka i niewiele mogę o niej powiedzieć. Po raz pierwszy w życiu bodaj, nie zainteresowałam się kawą, jej smakiem, jakością czy ceną. Jak zahipnotyzowane dziecko wpatrywałam się bowiem w czekoladki – prześliczne, kolorowe, kuszące.

KARMELLO STANDARD

Rozsądek na krótką chwilę przerwał amok, drąc się wniebogłosy: „Kasa, kaaaaasaaaaa, wiesz ile to musi kosztować?!”. Grzecznie poprosiłam, żeby się zamknął. I słusznie zrobiłam, co on tam wie, rozsądek głupi. Cena zestawu około 30 pralinek to równiutko 22 złote – porównywalna do ceny najzwyklejszej bombonierki z supermarketu.

A taki zestaw, wystawcie sobie, komponujemy sami. Wybór smaków normalnie mnie oszołomił. Są czekoladki w całkiem tradycyjnych smakach, jak orzechowe, kawowe, marcepanowe. Są i nieco bardziej fikuśne, jak chilli czy mango z szafranem. I są całkowicie odjechane, jak nadzienie z sera gorgonzola w ciemnej czekoladzie czy nadzienie z oliwek, czosnku i orzechów.

Rozsądek znowu się odezwał, nie krzyczał już, obraził się chyba, tylko burczał: „Pewnie, oczy to by jadły, nakupiłyście, to teraz spróbujcie, ładnie może i wygląda a dobre wcale być nie musi”. Został całkowicie zignorowany. I znowu słusznie, bo nie miał racji. Czekoladki są pyszne. I smakują całkiem inaczej niż te sklepowe, które już się nam przejadły.

No fajnie, powiecie, ale te sklepy to w galeriach handlowych w większych miastach tylko, jak komuś do Katowic czy Krakowa nie po drodze, to już nie kupi. Ależ skąd, toż XXI wiek mamy, sklepy internetowe to codzienność. Karmello, a jakże, sprzedaż przez internet prowadzi. Służę linkiem:


Impuls kazał mi pisać o czekoladkach, a złośliwy rozsądek znowu marudzi: „O dzieciach miałaś pisać, łakomczuchu durny, nie reklamę fabryce czekolady robić”. A niech cię, ty rozsądku upierdliwy, dzieci i czekolada to jedno. I przypomnij sobie tą scenkę wczoraj. Miła ekspedientka z pudełeczkiem i dłonią zawieszoną w oczekiwaniu nad rządkami pralinek. I Młoda, z roziskrzonym wzrokiem i wyciągniętym paluszkiem. „To serduszko karmelowe. I dwie mleczne. I jeszcze białe. A to takie to co to jest? Marcepan? Nie, marcepan nie. I jeszcze ...”
Ładna to była scenka, powędruje do mojej kolekcji wspomnień. Tych najmilszych, kolorowych jak pudełko czekoladek.


środa, 23 stycznia 2013

O aktywności dziecięcej w czasie ferii zimowych słów kilka



W kilku polskich województwach ferie zimowe już trwają, w innych wkrótce się zaczną, w innych jeszcze – zaczną się za jakiś czas dopiero. Zapytałam tedy, jak zamierzają spędzić ferie dzieciaki z klasy mojej córki. Grupa respondentów ta sama, co przy mikołajkowej ankiecie, nieco tylko mniej liczna, bo grypa szaleje. Mamy zatem 8 dziewczynek i 10 chłopców w wieku 9 lat, ze zwykłej, przeciętnej podstawówki, w średniej wielkości mieście w południowej Polsce.


Jak moi ankietowani zamierzają spędzić ferie?

Jakieś kryteria tu trzeba było przyjąć, zaczęłam od geograficznego.

Z ankiet wynika, że stosunkowo niewielka liczba dzieci pozostanie w czasie ferii w miejscu zamieszkania.

Wśród destynacji zimowych wojaży pojawiają się:

Węgierska Górka – dwukrotnie,

Poręba Laskowska – gdzie „są wielkie pagórki i fantastycznie się zjeżdża na sankach”,

Amsterdam,

Włochy – tam ankietowaną zabierze tata, który „jest kierowcą i bardzo lubię z nim jeździć. Nigdy jeszcze nie byłam we Włoszech, byłam tylko w Hiszpanii, Francji, Anglii, w Niemczech, w Holandii, w Luksemburgu.” Ładne mi „tylko”, dziewięć lat a zjeździła pół Europy, pozazdrościć.

Królują jednak góry, po prostu góry, nie wiadomo jakie. I, właściwie, nie ma to znaczenia, dla dzieci ważne są ośnieżone stoki, ich nazwy są nieistotne. Nazw jeszcze się kiedyś tam w szkole nauczą, teraz wszak mowa o feriach. Zamiar spędzenia ferii w bliżej nieokreślonych górach deklaruje 4 ankietowanych.

Góry latem czy zimą

Pojawiły się także nieco kłopotliwe geograficznie destynacje w rodzaju: u wujka, u babci, u kuzyna.

Zaledwie trójka ankietowanych spędzi ferie w domu.

Destynacja to jedno, ale nie od dziś wiadomo, że najważniejsze jest dobre towarzystwo. Z kim dzieci spędzą ferie?

Pięcioro ankietowanych spędzi je z własnymi rodzicami, co wprost wynika z ankiet. Należy domniemywać, że tam gdzie nie stwierdzono inaczej, taki przypadek również ma miejsce. Co w sumie da nam dziewięcioro dzieci.

Czworo dzieci spędzi ferie u babci, dziadka lub obojga. Ach, te babcie kochane. Ratują tyłki pracującym rodzicom. Znowu, nieustannie i niezmordowanie.

Troje respondentów na czas ferii uda się do wujka/cioci/kuzynów/wszystkich razem.

Jedno z dzieci deklaruje zamiar spędzenia ferii w towarzystwie własnych rodziców oraz cioci, wujka i kuzyna. Fajny wyjazd rodzinny się kroi.

Jeden z chłopców wybiera się do Holandii „busem przez Niemcy z opiekunem”, co sugeruje zorganizowaną imprezę. Zimowisko?

Ponadto, większość ankietowanych deklaruje chęć spędzenia czasu i zabawy z rówieśnikami, a to z przyjaciółmi, kolegami, kuzynami lub rodzeństwem. Bo człowiek to zwierzę stadne.

Skoro wiemy już gdzie i z kim, dowiedzmy się jak. Co moi respondenci planują robić robić podczas ferii?

10 z 18 ankietowanych pragnie uprawiać wszelkiej maści sporty zimowe oraz oddać się radosnej zabawie na śniegu. Wśród typowo zimowych zajęć przeważają:


 


jazda na sankach – 5 ankietowanych,
bitwa na śnieżki – jw.,
jazda na łyżwach – 3 ankietowanych,
lepienie bałwana – jw.,
jazda na nartach – 2 ankietowanych,
po prostu zabawa na śniegu, obejmująca zapewne niektóre z powyższych – 2 ankietowanych.

Jeżeli chodzi o sporty już nie stricte zimowe, ankietowani wymieniają pływanie i coś ukrytego pod tajemniczym skrótem MMA. Jak zwykle pomógł mi wujek Google, teraz już wiem, że MMA to jakiś rodzaj sportu walki, coś podobnego na pierwszy rzut oka do boksu. W każdym razie rękawice zawodnicy mają.

Wśród rozrywek indoorowych, pierwsze miejsce zajmują oczywiście gry. Komputerowe, w większości, ale ankietowani wspominają także o planszowych i karcianych. Z tytułu w ankietach zostały wymienione dwie, Assassin's Creed III i Counter-Strike. „Grać w grę” podczas ferii zamierza w sumie pięciu chłopców i cztery dziewczynki.

Za to telewizja traci na popularności. Zaledwie trójka ankietowanych deklaruje chęć spędzania czasu z pilotem w dłoni. I bardzo dobrze.

Zamiar czytania książek zgłasza jedna respondentka i jest to – nadymam się, puszę się jak paw, zadzieram nosa – moja córka. Trochę to zajęło ale w końcu pokochała książki.

Inne sposoby spędzania ferii:

Zwiedzanie Amsterdamu – nie zielenieję z zazdrości tylko dlatego, że nie lubię zwiedzać zimą.

Długie rozmowy z babcią – dla mnie rewelacja.

Wyglądanie przez okno i obserwowanie różnych ciekawych rzeczy i stworzeń – z ciekawości wyjrzałam przez moje. Z ciekawych stworzeń tylko facet z psem.

Chodzenie do emdeku na różne zajęcia – to jest pomysł, sprawdzę co tej zimy oferuje MDK.

Spotkania z przyjaciółmi, kuzynami, kolegami i, po prostu, zabawa.

Last but not least, kulinaria. Moi respondenci wymienili 4 rzeczy, którymi zamierzają się raczyć w czasie ferii. A są to: owoce, pizza, hot dogi i własnoręcznie przygotowany napój czekoladowy. Smacznego.


Pepperoni & mushroom pizza.jpg



Na koniec jeszcze krótki cytat z jednej z ankietowanych:

Będę bardzo wesoła.”

I tego właśnie życzę wszystkim dzieciom.


piątek, 14 grudnia 2012

Pluszak alfa

Kiedy zaczęłam udzielać się internetowo na blogu, doświadczyłam nieznanej mi dotąd potrzeby. Potrzeby posiadania awatara, mianowicie. Własne zdjęcia, jako niezadowolona ze swego wyglądu kobieta, umieszczam niechętnie. I wtedy wpadłam na pomysł, który uważam za jeden z lepszych swoich pomysłów. Skoro myślą przewodnią mojej twórczości ma być koniec dzieciństwa, cóż będzie lepszego niż ON?

A zatem, Panie i Panowie, oto ON. Oddajmy mu głos.




Witajcie ludzie i pluszaki.

Nazywam się Simba. Imię mam po tym lwie z bajki, który został Królem Zwierząt. Też jestem Królem. Jestem Królem Małego Pokoju.

Stary już jestem i zmęczony trochę. Słabo widzę, bielmo mam na obu oczach, futerko wytarte od częstych kąpieli w pralce. Ale słuchajcie mnie, bo z wiekiem i mądrość przychodzi. Telewizja kłamie, gazety kłamią, ja jeden prawdę Wam powiem. Przykład mam podać? A choćby, mówią w tej telewizji, że w Chinach to chłam produkują. Kłamstwo to jest wierutne, toż ja w Chinach wyprodukowany! I to już z dziesięć lat będzie, jak mnie w fabryce pozszywali. I do tej pory ja się nie podarł i jeszcze ukochany jestem.

Ukochany jestem ze wszystkich zabawek najbardziej. Już dziewięć lat, jak mieszkam z moją rodziną i nigdy żadna lala, żaden misiek i żadne elektroniczne pipadło nie zagroziło mojej pozycji. Jestem Królem i już.

Wiele ja przeżyłem, oj wiele. Raz się strachu najadłem, jak mnie w księgarni zostawili. Księgarz przyszedł zaraz, z półki mnie zdjął, mówił, że telefonowali i polecili mu mnie odnaleźć i bezpiecznie przechować.

Innym znowu razem ten ich zwierzak, chociaż kot ale świnia jednak, upolował mnie i do kuwety swojej zaciągnął. Do kuwety, rozumiecie? I do drapania pazurami się zabierał. Wyciągnęli mnie nawet prędko i kąpiel znowu w pralce zrobili. A ja nie lubię, tego sierściucha niech sobie kąpią.

Ale w pralce to jeszcze nie najgorsza kąpiel.  W słonej, morskiej wodzie raz mnie moja Pani wytaplała. A raz położyła na pralce tak niefortunnie, że do wiadra z brudną wodą i mopem wpadłem. A potem to już wiecie, co było.
I podróżowałem też wiele. Byłem na Krymie i w Gdańsku, na Bałkanach i w Zakopanem, w Istambule i w Krakowie. I w wielu jeszcze miejscach. Fotografie tu są, pooglądajcie.


W Kłodzku pozowałem z moją Panią na rynku...
















... i piekłem chleb w podziemiach ;)
















Czołgałem się z nią kartonowymi tunelami ....
















... i zwiedzałem kartonowy zamek.
















Prawdziwe zamki też zwiedzałem, w tle dach zamku Bran, siedziby Drakuli. A na pierwszym planie ja i moja kumpela, lalunia w rumuńskim stroju ludowym.














W Złotym Stoku próbowaliśmy porwać pociąg do przewożenia urobku.
















Ale co tam moje przygody. Najważniejsze, że jestem przy niej, gdy jest szczęśliwa i gdy jest jej źle. I jestem przy niej zawsze, gdy zasypia.







środa, 5 grudnia 2012

Skąd się biorą dzieci, czyli o tym, jak (nie) porozmawiałam z córką o seksie



Zaczęłam się ostatnio martwić. No bo Młoda ma już 9 lat, pod bluzką coś jej zaczyna rosnąć, okres dojrzewania tuż tuż. A tymczasem, w temacie seksu, jest nie do końca uświadomiona. Niby wie wszystko o ciąży, że dziewięć miesięcy w brzuchu, potem szpital i taraaaaam, jest dzidzia. Nie wie jedynie tego, skąd ta dzidzia się w brzuchu wzięła. Tak sądziłam.

Pomimo licznych wysiłków nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na pytanie, kiedy jest właściwy czas na uświadomienie dziecka. Program szkolny przewiduje początek edukacji seksualnej w czwartej klasie. No to może odpuścić i niech szkoła to za mnie załatwi? Córka znajomych, zapytana o tę edukację powiedziała: „Ciocia, oni nam animowanego pornosa puścili”. No to może jednak nie.

Nie jestem pruderyjna, a gdzie tam. Ale perspektywa wytłumaczenia dziecku jak przebiega zapłodnienie i czym dokładnie jest seks, po prostu mnie przeraża. A przecież musi nadejść moment, kiedy tłumaczenie, że jajeczko i nasionko się łączą, nie wystarczy.

Przypomniałam sobie zdanie z jakiegoś pisma dla rodziców: Podsuń dziecku odpowiednie książki.

Podsuń. To podsuwanie wyobrażałam sobie tak: Siedzimy obie przy stole, nic właściwie nie robiąc i nie patrząc na siebie. W pewnej chwili ja, takim ukradkowo-wężowym ruchem, przesuwam odpowiednią książkę po stole, w kierunku Młodej, równocześnie stwierdzając konieczność pomalowania sufitu. Po czym natychmiast zwiewam. Nie wiem dlaczego, ale w mojej wizji zwiewam zawsze, w te pędy. A Młoda, z otwartymi ustami i kiwając głową, zagłębia się w lekturze.

Podsuwanie odpowiednich lektur odbyło się zupełnie inaczej.

Z okazji siódmych urodzin Młoda otrzymała, między innymi, taką oto książkę:

Odkrywca. Jedna encyklopedia- cały świat wiedzy!
Sean Callery, Clive
Gifford, dr Mike Goldsmith, "Odkrywca", Wydawnictwo Olejsiuk, 2009.


Ponieważ Młoda chłonie wiedzę jak przedstawiciel grupy Demospongiae wodę, książka wkrótce została przeczytana od deski do deski. Przeczytana przeze mnie, bo z samodzielnym przeczytaniem tak opasłego tomiszcza moje dziecko jeszcze sobie wtedy nie radziło. I wtedy też podjęłam pierwszą próbę seksualnego uświadomienia córki. Dotarłyśmy do tej oto strony i pomyślałam że, no ok, nadszedł czas, przeczytam, co tu fachowcy napisali i będzie z głowy.

Sean Callery, Clive
Gifford, dr Mike Goldsmith, "Odkrywca", Wydawnictwo Olejsiuk, 2009, str. 152-153.


Młoda zobaczyła jednak duży rysunek i zapłodnienie przestało ją interesować. Kwestią wymagającą natychmiastowego i wyczerpującego omówienia stało się „Jak bardzo boli poród?” Z ulgą przekazałam jej więc całą wiedzę jaką posiadam na temat znieczulenia (zastrzyk??? w kręgosłup??? to ja już wolę żeby normalnie bolało!!! niemożliwe, żeby normalnie bolało bardziej niż zastrzyk!!!), porodu naturalnego i cesarskiego cięcia. Po czym stwierdziłam, że już późno i czas spać. A następnego dnia zaczęłyśmy od następnej strony.

Minęły prawie dwa lata. Temat porodu i związanego z nim bólu powracał czasami, na pewien czas zmienił się nawet w lekką obsesję. Temat zapłodnienia nie istniał.

Latem moje dziecko z kilkoma koleżankami postanowiło zorganizować piknik. Tzn. słowa na P. nie użyła, bo głośne jego wypowiedzenie wróży gwałtowne opady. To było raczej: „Mamo, weźmiemy kocyk i coś do jedzenia i zrobimy sobie, no wiesz, tu pod blokiem.” „No jasne, idźcie, tu masz kocyk, tu wodę i kubeczki, o, i czereśnie wam dam.” „Eee, czereśnie, dobra, ale daj jeszcze kasę na chipsy.” „NIE. No dobra, jedną paczkę.” „Jedną paczkę? Na cztery? No co ty?”.

No i poszły. Prócz kocyka, czereśni i kasy na chipsy zabrały także książki, co mnie niezmiernie ucieszyło. Z okna widziałam jak, leżąc na kocyku i obżerając się chipsami, wertują książki, gadają i śmieją się. Normalnie, jak to dziewczyny. Co mi się nie podobało to fakt, że  we trzy uwaliły się na kocyku w cieniu Robalowego Drzewa, a czwarta, młodsza siostra jednej z koleżanek, siedziała samotnie na ławce w słońcu. No cóż, tak bywa, różnica wieku. Interweniować nie zdążyłam, bo Robalowe Drzewo dało znać o sobie, sypnęło robalami i piknik się skończył z piskiem i wrzaskiem.

I znowu minęło kilka miesięcy, panta rei, niech to diabli. Porządkowałyśmy z Młodą jej półki, jako że, niedostatecznie systematycznie porządkowane, szybko zaczynają przypominać czarną dziurę. Odnalazłyśmy przy tej okazji tuzin zagubionych zabawek, pamiątek i innych dupereli. I odnalazłyśmy opisaną wyżej pozycję. Oj, wybaczcie, od tego pisania o seksie już mi się wszystko kojarzy. Pozycję książkową odnalazłyśmy.

Ooo, mamo, moja ulubiona encyklopedia!” Gwoli ścisłości, każdy z odnalezionych przy sprzątaniu przedmiotów był tym ulubionym. „A pamiętasz jak robiłyśmy, no wiesz co, z dziewczynami w lecie? Przeczytałyśmy wtedy to”.

I otwiera na stronach 152-153.

I wiesz, musiałyśmy Hanię odgonić, ona jest za mała, a to przecież NIE DLA DZIECI. Ale chipsy jej dałyśmy.

A jednak. Z tym podsuwaniem książek to nie takie głupie.


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Marsjanie i Wenusjanki

Z pamiętnika Młodej:

(Pamiętnik jest prowadzony w ramach pracy domowej, jestem zatem nie tylko uprawniona, ale wręcz zobowiązana do jego czytania. A na publikację fragmentów Młoda wyraziła zgodę. Żeby nie było.)

Dzisiaj dowiedziałam się w szkole, że niektórzy ludzie postrzegają dziewczyny jako biegające od butiku do butiku istotki! Wszystkie! Pewnie uważają też, że spóźniają się do szkoły bo wybierają ciuchy! A to nieprawda! Ja spóźniam się do szkoły bo trudno jest wstać o 7!

Strasznie zbulwersowana była tym faktem, przy czym, jak ustaliłam, to głównie chłopcy mają takie niepochlebne zdanie o dziewczynach. Najbardziej oburzyło ją jednak, że punktem wyjścia do dyskusji były takie oto zdjęcia w podręczniku:



Odkrywam siebie. Ja i moja szkoła”, wydawnictwo MAC .

Na pierwszy zdjęciu widać od lewej: małą stojnisię w maminych szpilkach, małego romantyka i wyluzowana dziewczynkę. Na drugim mamy kolejno: sympatycznego chłopaka w typie kujona, wysportowaną dziewuszkę i młodego pływaka. Niby wszystko ok, zdjęcia pokazują jacy bywamy różni. Ale coś tu się dzieciakom nie zgadzało. Podpisy mianowicie.

Nad pierwszym zdjęciem widnieje podpis: Jakie są dziewczynki?, nad drugim zaś: Jacy są chłopcy?

I to pomieszanie wywołało burzę mózgów w klasie IIIa.

Po długiej i burzliwej dyskusji, dzieciaki ustaliły co następuje:

Pierwsze zdjęcie przedstawia dwie dziewczyny i ich wymarzonego chłopaka. Na drugim mamy dwóch chłopaków i dziewczynę, z jaką chętnie by się umówili.

No i pojawił się problem niezgodności wymagań z rzeczywistością. Według mojej córki, jeżeli faceci chcą wysportowanych dziewczyn, które będą dla nich przede wszystkim kumpelami, a dziewczyny chcą obsypujących ich kwiatami romantyków, to „nigdy się nie ożenią”.

No i proszę, tyle książek na ten temat napisano, tyle było nieudanych związków. A to takie proste.

No to żegnaj, gatunku Homo sapiens.